czwartek, 21 listopada 2013

6. Wizja

Mama wyszła z kuchni i spojrzała najpierw na mnie a potem na oszołomionego Kamila. Miał jeszcze kilka ran ciętych, ale nic poza tym.
- Katie, gdzie wy do diabła byliście?! - spytała zdenerwowana mama.
- Mamo...
- I dlaczego Kamil jest tak poturbowany?!
- Mamo! - Spojrzała na mnie zdziwiona.
- Trochę szacunku dla mamy, młoda damo. - W tej chwili do pokoju wszedł mój ojczym. Mama ożeniła się z nim zaraz po śmierci taty. Nie uważałam go za ojca.
- Mamo, chciałam tylko powiedzieć, że Kamil tak wygląda, ponieważ spadł z drzewa.
Szykowałam tą wymówkę już od dawna, lecz teraz nie miała najmniejszego sensu.
- Słucham?!
Jak zwykle, pomyślałam.
- Tak, dobrze słyszysz, spadł z drzewa...
- Po co wspinałeś się na to drzewo?!
- Tato... - powiedziałam z naciskiem - zostaw go, jest w szoku, nie wie, co się stało...
- Katie, w tej chwili do pokoju. Masz szlaban.
- Za co?!
- Za pyskowanie rodzicom i za późny powrót do domu. Dwutygodniowy- Wycedził przez zaciśnięte zęby z pogardą.
Spojrzałam na zegarek. Wskazywał dziewiętnastą trzydzieści.
- Jest dopiero wpół do dwudziestej! - krzyknęłam w ramach sprzeciwu.
- Czterotygodniowy.
- Że co?!
- Mówi się „ słucham”, a nie, „ że co”. Do pokoju! I to migiem!
Odwróciłam się na pięcie i już miałam iść na górę do pokoju, gdy John dodał:
- A właściwie, Katie, myślę, że sześć tygodni to wystarczająca kara.
Już miałam wyrazić swój sprzeciw, gdy napotkałam groźny wzrok Johna. Wiedziałam, że protestując tylko pogorszę swoją (i tak już trudną) sytuację.
- Dobrze. Koniec awantury. Po prostu poszłam do pokoju.




***




- Sześciotygodniowy! - krzyczałam, waląc głową w poduszkę.
Nie wierzyłam we własne nieszczęście. Nie dość że dowiedziałam się że najprzystojniejszy chłopak w całej szkole jest wampirem, mój brat został pobity do nieprzytomności, a ja sama jestem w wielkim niebezpieczeństwie z powodu tak banalnego, jak zauroczenie, to jeszcze dostałam sześciotygodniowy szlaban!
- Widzę, że nie jesteś w najlepszym humorze?
Aż podskoczyłam, słysząc tak mi znajomy, niebiański (!) głos.
- Erik! Co ty tu robisz? - Uśmiechnął się urokliwie.
- Miałem przeczucie, że będziesz potrzebowała pocieszenia.
Uśmiechnęłam się.
- Miałeś rację - powiedziałam, siadając na łóżku.
Usiadł obok mnie. Wyglądał zabójczo. Nagle coś sobie przypomniałam. Klepnęłam się w czoło.
- Jezu, kompletnie zapomniałam! - Erik spojrzał na mnie zdziwiony.
- Pamiętasz, jak mieliśmy kozę? - uśmiechnął się.
- Ach, o to ci chodzi... ja już to napisałem.
Prychnęłam.
- Ja nawet nie zaczęłam.
- Co jutro robisz?
- Mam sześciotygodniowy szlaban - nie wspominałam mu że zamierzam pojechać gdzieś z ciocią.
Posmutniał.
- Narobiłem ci kłopotów.
- Nie przeszkadza mi to.
Nie wyglądał na przekonanego.
Nagle przyszło mi do głowy, jak można go pocieszyć i przy okazji spełnić swoje potrzeby. Od pierwszego pocałunku minęło zaledwie pół godziny, a ja już chciałam więcej. Poczuć jego usta na swoich...
Erik, jakby czytając w moich myślach, przywarł do mnie.
W tej chwili jego wargi przykleiły się ( dosłownie ) do moich w geście pocałunku.
Byłam najszczęśliwszą osobą pod słońcem. Tylko to mi było potrzebne. Miałam nadzieję, że ten pocałunek będzie trwał w nieskończoność... Wspominałam już, jakie to ja mam szczęście?
Podskoczyłam, słysząc nagle pukanie do drzwi.
- Katie! Z kim tam rozmawiasz? - usłyszałam krzyki mamy. Pewnie John ją tu wysłał.
- Z nikim nie rozmawiam, a kto niby miałby tu być? - wrzasnęłam, wracając do teraźniejszości.
- Katie? - odezwał się znów głos mamy. - Nic ci nie jest?
Spytała troskliwym głosem. Spojrzałam w miejsce gdzie przed chwilą siedział Erik. Ku mojemu zdumieniu nie było po nim żadnego śladu. Jedyne co po nim zostało, to piękny zapach uciekający przez otwarte okno. Nagle zobaczyłam, że na łóżku coś leży. Podeszłam bliżej i wzięłam do ręki różowego tulipana.
Poczułam jak serce zabiło mi mocniej. Otworzyłam drzwi.
- O co chodzi? - wymamrotałam. Spojrzałam na nią znużonym
wzrokiem.
- Wybacz mi za zachowanie ojca. - powiedziała ze łzami w oczach. Na chwile zrobiło mi się jej żal...
Na chwilę.
- Jeśli możesz coś dla mnie zrobić, to przekonaj Johna... przepraszam, tatę - powiedziałam z naciskiem na ostatnie słowo - żeby pozwolił mi jutro jechać na grzyby ciocią.
- Zobaczę, co da się zrobić. - Zamknęłam drzwi. Wiem, że nie powinnam się tak zachowywać, ale byłam zła, że Erik zostawił mnie samą, bez żadnego pożegnania. Padłam na łóżko podsumowując dzisiejszy dzień. Trzy rzeczy wiedziałam na pewno. Po pierwsze, Erik jest wampirem. Po drugie , byłam w tym wampirze bezwarunkowo i nieodwołalnie zakochana. Po trzecie, byłam w wielkim niebezpieczeństwie z tego powodu.
- Katie? - z zamyślenia wyrwał mnie głos mamy. Nie miałam najmniejszej ochoty otwierać drzwi, ale mus to mus.
- O co chodzi? - spytałam patrząc na stojących za drzwiami rodziców.
John przemówił.
- Zdecydowaliśmy razem z mamą że możesz pojechać z ciocią na grzyby pod jednym warunkiem.
Jakim? Już się bałam.
- Zgoda.
- Musisz w niedziele popilnować Kamila. Wychodzimy z mamą na kolację, a Amelia idzie na spotkanie cheerleaderek.
- Okay.
Nie przeszkadzało mi to, może nawet będę mogła zaprosić Erika.
- Wrócimy około północy... A, i jeszcze jedno: nie życzę sobie żadnych gości podczas mojej nieobecności - powiedział, jakby czytając mi w myślach.



***





Rano, z wielkim trudem, przekonałam się, że to, co się stało wczoraj, nie było jedynie snem. Zapamiętane wydarzenia przeczyły zdrowemu rozsądkowi.
Za oknem powoli wschodziło słońce. Ucieszyło mnie to, była idealna pogoda na grzybobranie.
Gdy zeszłam na dół, nie było tam jeszcze nikogo. Nie wiedziałam że jest aż tak wcześnie. Na śniadanie zjadłam batonika zbożowego popitego mlekiem z kartonu. Poszłam do łazienki z zamiarem wzięcia otrzeźwiającego prysznicu. Rozczesałam włosy związując je w kitek, założyłam czapkę i ciepłe, wygodne ubrania odpowiednie na taką wyprawę. Spojrzałam na zegarek. Ciocia powinna być lada chwila. Założywszy buty i płaszcz przeciwdeszczowy usłyszałam trąbienie samochodu mojej drogiej cioci. Wyszłam na ganek i od razu skierowałam się w stronę samochodu cioci Elizabeth.
- Cześć, ciociu! - powiedziałam i mocno ją uścisnęłam.
- Och, witaj, Katie! Gotowa na grzybobranie? - spytała.
- Oczywiście, że tak. Wiesz, jak to lubię. - od zawsze lubiłam zbierać grzyby. To bardzo przyjemne, uspokajające zajęcie. Przez całą drogę rozmawialiśmy o tym co u mnie słychać, jak w szkole i o innych bardzo przyjemnych rzeczach.
- No i jesteśmy - powiedziała ciocia zatrzymując samochód.
Zawsze jeździłyśmy na grzyby w to samo miejsce w głębi lasu. Był to ogromny obszar z mnóstwem różnorodnych grzybów.
- No, zaczynajmy! - powiedziałam rozentuzjazmowana biorąc w ręce koszyk z nożykiem.
- Ja pójdę w lewo, a ty w prawo, tylko nie daleko! - pouczyła ciocia. - Weź telefon! - przypomniała.
- Oczywiście - powiedziałam z uśmiechem na ustach.
Pół godziny później maiłam już pełny koszyk prawdziwków, kurek i innych grzybów. Postanowiłam wrócić, opróżnić koszyk i zbierać dalej, gdy nagle zauważyłam jakiś ruch tuż za mną.
Pewnie dziki, pomyślałam.
Odwróciłam się w oka mgnieniu i z trudem przez mgłę zauważyłam sylwetkę człowieka. Pierwsze, co przyszło mi na myśl to to, że po prostu ktoś zbiera grzyby. Ale potem pomyślałam, że odkąd tu przyjeżdżam nigdy nie widziałam żeby w tych okolicach ktoś był. Przypominałam sobie słowa Erika: Obiecaj mi, Katie, obiecaj, że będziesz ostrożna.
Obróciłam się natychmiast i zaczęłam powoli iść w drugą stronę. Kątem oka zobaczyłam, że tajemnicza postać ruszyła za mną. Przestraszyłam się nie na żarty. Przyśpieszyłam, zaczęłam biec aby jak najdalej. Odwróciłam głowę, postać biegła tuż za mną. Spanikowałam i zaczęłam biec gdzie się dało. W tej panice nie zauważyłam wystającego korzenia i upadłam na ziemię. Upadek był bardzo bolesny, poczułam przenikający ból w prawej nodze do szpiku kości. Wtedy tajemnicza postać dogoniła mnie i rzekła:
- Katie, nic ci nie jest? - spytał Erik ze strachem w oczach.
- Eriku, co ty tu robisz?! I dlaczego, do cholery jasnej mnie goniłeś?
- Zacząłem do ciebie machać, a ty odwróciłaś się i zaczęłaś uciekać. Postanowiłem cię dogonić i wszystko wytłumaczyć -powiedział na wdechu. Spojrzał na moją nogę i odwrócił wzrok oddychając ciężko. Spojrzałam w dół. Całe moje spodnie pokrywała krew, niektóra najwyraźniej wylała się podczas mojego upadku.
Nagle mnie olśniło. Przecież Erik jest wampirem!
O cholera!
- Myślę, że powinieneś już iść - wyjąkałam patrząc na zakrwawioną nogę.
- Nie, dam radę - odparł przekonująco.
Wziął mnie za nogę co spowodowało ogromny ból.
- Ej! Uważaj, to boli!
- Sorry - powiedział. - To już się nie powtórzy. Jednym ruchem rozerwał mi spodnie i oddychając ciężko spojrzał na ranę. Wyglądała okropnie. Pod warstwą świeżej jeszcze krwi widać było szerokie, długie rozcięcie. Spojrzałam na Erika. Nie było go tam, stał oparty ściśle o drzewo.
- Idź stąd! - krzyknęłam w jego kierunku.
- Nie... - wysapał przez zaciśnięte zęby. - Dam radę...
Podszedł do mnie i powiedział już zupełnie opanowanym głosem:
- Trzeba to zatamować i szybko pojechać do szpitala.
Dopiero teraz zauważyłam, że straciłam sporo krwi.
Zręcznie zdjął bluzkę, odsłaniając klatkę piersiową. Przyłożył ją do mojej nogi, a ja wpatrywałam się w niego jak zaczarowana. Starannie owinął mi nogę i wziął mnie na ręce.
- Eriku, samochód mojej cioci jest sześćdziesiąt metrów stąd.
- Okay, zaraz tam będziemy.
Gdy doszliśmy do samochodu ciocia czekała już przy nim zmartwiona. Zobaczywszy mnie na ramionach Erika  w zakrwawioną nogą od razu do nas podbiegła.
- Katie! Jezu, kochanie, nic ci nie jest?
- Nie. Gdyby nie Erik, dalej tkwiła bym w lesie.
- Och, dziękuję ci za pomoc - łkała .
- Nie ma za co. Katie straciła dużo krwi, powinna szybko pojechać do szpitala.
- Oczywiście - potwierdziła Elizabeth.
Wsiadaliśmy do samochodu, kiedy przeszył mnie mocny ból. Zaczęło mi się kręcić w głowie. Zobaczyłam tylko nachyloną twarz Erika.
- Katie! Co się dzieje?!
Nagle w głowie zaczęły mi się pojawiać dziwne obrazy. Zobaczyłam mnóstwo dziewczyn, które najpierw były z Erikiem, a później widziałam ich martwe ciała. To było straszne. Później zobaczyłam jakiegoś chłopaka, który nagle przemówił lodowatym tonem: Katherine Evans. Widziałaś co stało się z wszystkimi wybrankami Erika. Ty będziesz następna - wskazał palcem w moją stronę. - Strzeż się, zło jest już blisko i nie oszczędzi nikogo kto stanie po twojej stronie. - Zły uśmiech zagościł na jego chytrej twarzy.
Ocknęłam się na łóżku szpitalnym. Nade mną stał Erik z uśmiechem na ustach. Nie wiedział, co przed chwilą przeżyłam.
- On nadchodzi - powiedziałam tylko.
_______________________________________________



Komentujcie!




5 komentarzy: